DYLEMATY SMYCZOWE

dav

Smycz to takie specyficzne narzędzie. Z jednej strony jestem jej gorącym zwolennikiem, szczególnie w przestrzeni miejskiej. Zapewnia ona bezpieczeństwo psu i jego otoczeniu. Szczególnie jeśli spacerujemy po osiedlach, parkach, albo przy ulicach. Osobiście nie wyobrażam sobie spuszczenia mojego psa ze smyczy w takim miejscu, bo jest nygusem, bo ludzie się go boją, bo takie są przepisy, ale nawet jeśli byłby ostoją spokoju nadal prowadzałabym go na smyczy. Dlaczego? Bo już dwa razy na moich oczach łagodny pies spacerujący bez smyczy zginął pod kołami samochodu.

Smycz była dla nas dużym utrapieniem, szczególnie kiedy Fokus był młodszy. Najpierw nie chciał na niej chodzić w ogóle (nic dziwnego skoro pierwszy raz znalazł się na smyczy jak miał pół roku), a później ciągnął jak dziki. Walczyłam z tym na różne sposoby….intensywne spacery – żeby go wylatać; worek smakołyków – żeby nie robił osła i szedł przez osiedle; kantar, lub obroża zaciskowa – żeby być w stanie go utrzymać. Wtedy wymagałam pełnego posłuszeństwa, psa przy nodze, luźniej smyczy i żadnych wyskoków. Jak jest dziś? Dziś myślę że smycz dla psa to coś nienaturalnego i często trudnego do ogarnięcia, a to czy zaczyna na niej ciągnąć zależy od wielu różnych czynników zaczynając od rodzaju smyczy i tego co ma na sobie pies.

Najbardziej nie lubię zwykłej, krótkiej smyczy, bardzo często na niej ciągnie, bo jest jej po prostu za mało, bo chce iść tam pół metra dalej powąchać tamten krzak, a mnie wlecze za sobą. Zmiana narzędzia spacerowego na smycz automatyczną (przy niej używam głównie szelek, ostatecznie zwykłej szerokiej obroży, ale nigdy pół-zacisku), albo na linkę eliminuje ten problem. Niestety nie są to narzędzia idealne, na szelkach i flexi trudniej zapanować nad psem w sytuacjach krytycznych, a z kolei zwijanie liny bywa dość kłopotliwe.

Przez ostatnie 2 tygodnie miałam dużo czasu na samotne spacery z psem, mogłam się bliżej przyjrzeć temu jak one wyglądają i co jest do poprawki. Zaczęłam od tras Wiślanych, od linki i obroży pół-zaciskowej. Odrobina pracy i ciągłość spacerów bardzo szybko zaowocowały, czułam że mam nad nim naprawdę dużą kontrolę, że spacery przychodzą nam z łatwością i są prawdziwą przyjemnością, że wystarczą drobne poprawki i Fokus zachowuje się niemalże wzorowo zarówno na smyczy jak i bez niej.

Idąc krok dalej wzięłam pod lupę dużo trudniejsze okoliczności – szelki + flexi + spacer w osiedle (a konkretnie do piekarni). Teoretycznie mogłabym z psem chodzić tylko nad Wisłę, ale praktycznie bardzo często zaliczam spacer z psem + piekarnia. Tutaj o wiele większym problemem jest nie chodzenie na smyczy, czyli osioł. Pies jak czujnik w stronę od domu stoi, każe się prosić, namawiać, ciągnąć żeby zrobić kolejny krok, a do domu śpieszy mu się niesamowicie. Jak musiałam dodać jeszcze do tego spaceru Jaśka, to była to istna gehenna. Teraz jesteśmy we 2 i mogę spokojnie skupić się na psie. Jest dużo gorzej niż w wersji „spacer nad Wisłę”, ale są perspektywy :D Tym bardziej, że większość tych zachowań już przerabialiśmy. Dlatego spacerujemy do piekarni, nawet jeśli nie muszę kupić chleba, a mam wolne 40minut.

Skoro już nie raz pracowaliśmy nad chodzeniem na smyczy to czemu trapią mnie dylematy smyczowe? Bo chociaż każdy z nas potrafi biegać to zawsze ci którzy biegają regularnie będą robić to lepiej. Tak samo jest z moim psem, on umie chodzić ładnie na smyczy, ale przestałam z nim ćwiczyć i chłopak wypadł z formy. Także odkurzanie dziadka ciąg dalszy

kp2 smycz

 

 

OPIEKUNKA DO PSA

_DSC2595

Pewnych rzeczy nie da się przewidzieć i warto dużo wcześniej zabezpieczyć się na wypadek niespodziewanych okoliczności. Porodu się co prawda spodziewamy, ale nigdy nie wiemy kiedy się zacznie i ile potrwa. Przy Jaśku pierwszych skurczy dostałam ok godziny 5, o 7 byliśmy w szpitalu, a nasz syn przyszedł na świat przed godziną 14. Powiedzmy, że z dojazdem do szpitala i ze szpitala do domu wszytko trwałoby ok 8h. Dla psa pozostanie samemu na ten czas w domu nie byłoby żadnym problemem, ale…..oczywistą sprawą jest że świeżo upieczony tata od razu po narodzinach dziecka nie wyleci ze szpitala tylko po to żeby wysikać psa. Z resztą zaraz po porodzie dziecko jest kładzione na mamę na dwie pierwsze godziny i to taki jeden moment w życiu w którym chce się być razem, celebrować tę chwilę i po prostu gapić na dziecko. Czyli z ośmiu zrobiło się już ponad 10h, nadal cas dobry do wytrzymania dla psa, ale jest to w miarę optymistyczny scenariusz, bo przecież są porody trwające po kilkanaście godzin i co wtedy z psem? Kto go wysika (bo o wybieganiu już nawet nie wspomnę)?

Sprawa jest prosta jeśli ktoś jeszcze z nami mieszka i może wyjść z psem, bo u nas chociaż jest mój tata to ja mu nie pozwalam wychodzić z Fokusem. Niestety najzwyczajniej w świecie nie jest on w stanie nad nim zapanować. Właściwie nikomu z mojej rodziny nie powierzyłabym opieki nad psem, właśnie ze względu na jego zachowanie. Zaczynając od tego, że mógłby ich nie wpuścić do domu, a kończąc na tym że mogliby nie dać sobie z nim rady na dworze. Na szczęście mam Monikę i Adriana, którzy ani nie dadzą mu się zastraszyć, ani wejść sobie na głowę i to im zapewne dam klucze i poproszę o opiekę nad Knurem na ten wszelki wypadek.

A co gdybym nie miała komu zostawić kluczy? Poszukałabym dobrego pet sittera i to ze 2 miesiące przed planowanym terminem porodu tak na wszelki wypadek jakby się dzieciątku bardzo na świat śpieszyło. Jak się do tego zabrać? Na co zwracać uwagę?

1. Odległość – najlepiej poszukać takiej osoby w najbliższej okolicy raz, że cena niższa dwa, że w razie czego szybciej ten ktoś będzie mógł wyprowadzić naszego psa.

2. Kompetencje – w naszym wypadku nie mógłby to być zwykły wyprowadzacz psów, potrzebowałabym kogoś z wiedzą i doświadczeniem w prowadzeniu trudnych psów, kogoś kto czyta psy, przewiduje i skupia je na sobie. Przy okazji warto by było omówić wszystkie problemy naszego psa tak żeby wspólny spacer dla nikogo nie był zaskoczeniem.

3. Spacer zapoznawczy – nawet gdyby Fokus nie sprawiał trudności to chciałabym pójść z taką osobą na spacer, zobaczyć jak pracuje z moim psem, jak go traktuje, jak nawiązuje relacje, jak radzi sobie z trudnymi sytuacjami, ale że Fokus jest trudny i nieufny do obcych to byłoby to pewnie kilka spacerów.

4. Spacer próbny – dla pewności wysłałabym też tego kogoś na 2 spacery próbne samego z moim psem, jeden w łatwiejszej wersji dla psa kiedy byłabym w domu i tylko otworzyła drzwi pet sitterowi i drugi w którym pet sitter będzie musiał sam przyjść po psa kiedy nikogo nie będzie w domu. Dopiero po pomyślnym przebiegu tych wszystkich spacerów mogłabym rodzić ze spokojem na sercu.

Prawda jest taka że i bez ciąży warto mieć taką sprawdzoną i zaufaną osobę. Nigdy nie wiadomo co się w życiu wydarzy, a przy dziecku prawdopodobieństwo nieprzewidzianych wydarzeń wzrasta. Ja sama ostatnio podczas naszego wspólnego chorowania miałam problem ze zwykłym pójściem na siku. Piotrek wychodzi do pracy o 5 i dlatego nie bierze rano psa (z resztą ten dziad nie wstaje przed 8). To ja z Jaśkiem idziemy na poranny spacer, ale podczas choroby Jasiek zostawał z moim tatą, który zazwyczaj jest w domu. Niestety traf chciał tak, że jednego dnia ojciec wyszedł na robotę i musiałam ciągnąć chore dziecko ze sobą na spacer…wtedy właśnie pomyślałam, że przydałaby mi się pomoc pet sittera.

Cena takiego spaceru zależy od wielu czynników:

  • pierwszym jest odległość w jakiej pies mieszka (wiadomo dojazd generuje większe koszta)
  • czas spaceru – pet sitterzy zazwyczaj mają w swojej ofercie krótsze spacery na załatwienie potrzeb fizjologicznych i drobną przechadzkę oraz te dłuższe na zaspokojenie potrzeb ruchowych psa
  • pies – pies psu nie równy, z jednym spacer to żaden wysiłek z innym walka o przetrwanie i przy tych drugich cena może być wyższa
  • abonament – zamawiając opiekę na cały dzień, albo na kilka dni cena pojedynczego spaceru jest niższa

W Warszawie na Pradze za spacer trzeba zapłacić ok 20-30zł, według mnie nie jest to jakaś nieosiągalna kwota dla przeciętnego właściciela psa i dobrze jest zabezpieczyć się w znajomość z pet sitterem.

MOJE! MOJE! (komu wolno być zazdrosnym?)

dav

Już niecały miesiąc został do dnia zero. Czas najwyższy na ostatnie przygotowania. Trzeba było odświeżyć tapicerkę leżaczka, fotelika do samochodu i wózkowej gondoli. Nagle wszystkie wydawałoby się nieistotne graty z których Jasiek korzystał jako bobas zaczęły być JEGO i tylko JEGO. No to ja z gadką, że to dla Ryśki będzie, tłumaczę, opowiadam. Do tej pory działało, a tutaj opór „nie! moje!”. Trochę mnie to zmartwiło, bo jak na razie wszystkie opowieści o siostrze przyjmował z entuzjazmem, ale kiedy doszło do konieczności oddania, czegoś co było jego to w dwulatku odezwał się bunt.

No nic jakoś przez to przebrniemy. Nie chcę robić na siłę akcji „oddawaj wózek”, ale chociaż będę matką kangurzycą to na pewno będę też potrzebować wózka dla Ryśki. Mam kilka pomysłów na przepracowanie tego problemu. Zamówiłam platformę do wózka dla Jaśka – pójdziemy na spacer wozić lalkę i jeździć na platformie, mam nadzieję, że mu się spodoba. Nie mam zamiaru chować części spacerowej dla niego – myślę że w sytuacji kiedy będę musiała wyjść sama z całą trójką wygodniej będzie mi wziąć mała w chustę, a Jaśka do wózka. W sumie bardziej nastawiam się na akcję „podziel się wózkiem”. Kurczak to mądry chłopiec i wiele spraw da się z nim załatwić bez awantur, tylko trzeba próbować się z nim dogadać, a nie koniecznie udowadniać mu coś na siłę, bo to go tylko nakręca w drugą stronę.

Całe to zamieszanie z wózkiem dało mi dużo do myślenia odnośnie przyjęcia na świat Gabryśki przez jej starszego brata. Oczywiście przez cały okres ciąży starałam się choć trochę przygotować tego gentlemana na pojawienie się siostry. Przede wszystkim było dużo rozmów, wspólne zakupy, przygotowania, oglądanie jego zdjęć jak był noworodkiem, była lalka, były książeczki z cyklu „będę mieć rodzeństwo”, było macanie brzucha i chyba najważniejsze – wizyta u mojego brata, któremu właśnie urodził się syn. To dopiero było przeżycie dla dwulatka, na własne oczy zobaczyć takiego małego człowieka. Jasiek był totalnie zafascynowany małym Arturem i na krok go odstąpić nie chciał.

Mimo wszystko afera wózkowa jakoś szerzej otworzyła mi oczy uświadamiając jak trudne dla Jaśka mogą być narodziny siostry, jak bardzo będzie potrzebował naszego wsparcia, poczucia bezpieczeństwa, tego że jest nadal kochany i ważny w naszym życiu.

Przy tym wszystkim problemy psiej egzystencji po pojawieniu się dziecka w domu wydają mi się dość błahe. Patrząc na mojego Fokusa jestem pewna, że narodziny Jaśka kosztowały go o wiele mniej stresu niż narodziny Gabryśki będą kosztować Jaśka. Dlaczego więc kiedy pierwszy raz byłam w ciąży ludzie w moim otoczeniu byli tak bardzo ciekawi czy pozbywam się psa, albo czy jest on zazdrosny o dziecko, a teraz praktycznie nikogo nie interesują uczucia mojego syna. Czyżby on z założenia społeczeństwa musiał akceptować sytuacje. Co tam akceptować „Pewnie się cieszysz, że będziesz miał rodzeństwo” ile razy ktoś tak do niego gadał.

Nie rozumiem toku myślenia takich osób:

1. Widzą babę w ciąży z psem – uuuuu pies na bank będzie zazdrosny o dziecko, a najlepiej się go pozbyć przed porodem, bo pogryzie dziecko (tak jakby dziecko z psem nie mogło razem żyć i się bawić)
2. Widzą babę w ciąży z małym dzieckiem – ale fajnie będziesz miał się z kim bawić, oraz żyli długo i szczęśliwie (tak jakby rodzeństwo nigdy się nie kłóciło, albo co gorsza tłukło)

A prawda jest taka, że i pies i dziecko i rodzice muszą jakoś przejść przez te trudne chwile, bo one się pojawiają razem z noworodkiem we wszystkich domach i rodzinach bez względu na ich skład. Taka jest po prostu kolej rzeczy. Amen

STAREGO PSA MOŻNA NAUCZYĆ NOWYCH SZTUCZEK

dav

Tydzień temu, podczas naszego chorowania odwiedziła mnie moja mama. Postanowiłam wykorzystać jej obecność na dłuższy spacer z psem. Bardzo rzadko zdarza mi się teraz pójść z psem sam na sam i mieć czas tylko dla nas, tylko dla niego. Jakoś intuicyjnie naładowałam sobie do kieszeni smakołyków z oczywistą chęcią pracy z psem. Nawet nie wiem kiedy i dlaczego branie ze sobą smakołyków na spacer przestało być moim nawykiem. Ze względu na swój zaawansowany stan brzucha i buszujące nad Wisłą dziki nie spuszczam Fokusa jak jestem sama dlatego zabrałam go na długiej lince, której zazwyczaj używam w schronisku.

Od progu siad zostań, wzorowe przejście przez klatkę, na dworze chwila czasu na siki i wąchanie, później skupienie uwagi, idziemy krok w krok na kontakcie nad samą Wisłę, bez szarpnięć, zrywów i innych głupot które mu się zdarzają. Dochodzimy w krzaki, piłeczka, ćwiczymy komendy „zostaw”, „do mnie”, „siad”, „zostań” taki tam standard. W międzyczasie przychodzi dwóch panów, stanęli przy zaparkowanym niedaleko samochodzie i obserwują nas. Ja oczywiście wykorzystuje ich jako element rozpraszający i dalej ćwiczymy. W końcu jeden z nich zagaduje i pyta o wiek psa. Ja odpowiadam, że we wrześniu skończy 9. – Nie za późno na naukę? – słyszę w odpowiedzi.

Zanim zaczęliśmy tą rozmowę, pytałam sama siebie czemu zgubiłam gdzieś nasze regularne treningi posłuszeństwa, myślałam o tym jak mój pies ładnie pracuje, jak sprawia mu to przyjemność i jaki jest przy tym z siebie zadowolony. Fokus miał 4lata jak uczęszczał na zajęcia grupowe z PT, egzamin zdał z wyróżnieniem. Ja jak wariatka układałam różne plany szkoleniowe, rozpisywałam treningi i nasze postępy. Wtedy było to trochę obsesyjne, ale teraz popadłam w drugą skrajność, bo właściwie przestałam pracować z psem stricte szkoleniowo.

Chęć podjęcia kolejnej walki z ujadaniem w domu i ten jeden spacer ponownie obudziły mój zapał szkoleniowy. Tak więc odpowiadam panu znad Wisły – Nie, nigdy nie jest za późno żeby szkolić psa, bo szkolenie to nie tylko nauczenie psa danego zachowania, ale przede wszystkim wspólnie spędzony czas, zajęcie dla psiego umysłu dające mu poczucie spełnienia.

Od miesiąca jestem w domu, a od kwietnia posyłam starszaka do przedszkola. Już nie mogę się doczekać jak urodzi się Ryśka i będziemy spędzać całe dnie we 3, przemierzać setki kilometrów na spacerach, na których przynajmniej przez pierwsze miesiące będę mogła skupić się głównie na psie, bo mała glizda zapewne będzie spała. Zrobiłam porządki w starych notatkach i zaczęłam rozpisywanie nowych kart pracy. Na rozgrzewkę nasze ogólne zasady szkoleniowe.

karty pracy 1

Przygotowałam sobie nawet super suszone smakołyki!

bur

Wracamy z Knurem do gry ;)

 

 

PRZYGOTOWANIE NA DRUGIE DZIECKO (będę matką kangurzycą)

DSC_5133

Ostatnio zaczęłam się zastanawiać, czy powinnam jakoś przygotować Fokusa na naszą GabRYŚKĘ? Oczywiście pierwszą rzeczą jaka przyszła mi do głowy było „muszę móc wyjść na spacer”. Pies, wózek, dwulatek i ja w obliczu wyzwania? Czy wyjście z całą trójką będzie w ogóle możliwe? Ostatecznie zdecydowaliśmy się posłać Jaśka do przedszkola, ale zanim podjęliśmy tą decyzje zdążyłam naciągnąć Piotrka na zakup nowej chusty do noszenia Ryśki (bo przecież inaczej nie wyjdę z domu ;) ) i nie chodziło tu tylko o przepiękny wzór, ale przede wszystkim o to żeby to była prawdziwa chusta tkana, a nie pościelówa w jakiej nosiłam Jaśka.

Nawet nie zauważyłam kiedy wpadłam po uszy. Nagle zaczęłam zarywać noce oglądając chusty, czytając o noszeniu i ćwicząc wiązania. No tak, ale przecież patrząc na zdjęcie z zagłówka można pomyśleć, że temat chust i noszenia dzieci był mi już bardzo dobrze znany. Jednak z perspektywy czasu (i tych ostatnich zarwanych nocy) wiem, że chustowanie Jaśka nie należało do najlepszych. I chociaż Jasiek pójdzie do przedszkola, a ja zostanę z jednym dzieckiem i psem to mimo wszystko Gabryśkę chciałabym nosić od naszych pierwszych spacerów, a przede wszystkim chciałabym robić to dobrze, ale zacznijmy od początku.

1. Dlaczego chusta, a nie nosidło?

Nosidło wydaje się prostszym wyborem, nie trzeba się uczyć wiązać, wystarczy włożyć dziecko i nosić. Wierząc przy tym zapewnieniom producentów, że jest to bezpieczne dla naszego dziecka… Niestety, ale chociaż wiele nosideł jest polecanych przez producentów dla bardzo małych dzieci (tych 0-6mc) to żadne z nich nie zapewni odpowiedniej – fizjologicznej pozycji kręgosłupa tak malutkiemu dziecku. Kręgosłup noworodka ma kształt literki C, dopiero podczas kolejnych faz rozwoju (podnoszenie głowy, samodzielne siadanie, a na końcu stawanie na nogi) plecy dziecka nabierają „prostej” postawy i dopiero dzieci, które samodzielnie siadają mogą być noszone w nosidłach (oczywiście nosidłach ergonomicznych, przodem do noszącego).

Ja niestety o tym nie wiedziałam i zdarzało mi się nosić malutkiego Jaśka w darowanym nosidle dedykowanym dla dzieci do 9kg. Nosiłam go również w chuście elastycznej (taką dostałam w prezencie), ale dziś patrząc na zdjęcia wiem, że nie były to wiązania pierwszych lotów. Z resztą pamiętam, że nie raz toczyłam walkę z tym elastykiem, a i tak nie wiedziałam, czy jest już dobrze zawiązana. Chociaż w teorii chusta elastyczna miała być łatwiejsza w obsłudze niż tkana. Tkaną też miałam, ale nie była to chusta tylko kawał prześcieradła, tak zwana pościelówa, czyli tani kawałek materiału nazywany chustą przez osoby je sprzedające…

Noszenie samo w sobie było super wygodne, szczególnie takiego małego, lekkiego dziecka i szczególnie w tych dzikich, nierównych terenach w które tak lubiłam zapuszczać się z moim psem. Przez pierwsze tygodnie dużo rzadziej korzystałam z wózka niż z noszenia, szkoda tylko, że robiłam to źle. Dlatego postanowiłam, że przy Gabryśce to wszystko nadrobię i zakupiłam chustę z prawdziwego zdarzenia.

2. Zakup chusty

Kilka zarwanych nocy, setki wzorów, piękne żakardy i coraz wyższe ceny. Zbliżając się do kwot wyższych niż 500zł poczułam, że tracę głowę. Chociaż z drugiej strony miałam już całą wyprawkę dla dziecka, to przy tej jednej chuście mogłam troszeczkę zaszaleć ;)

Oczywiście po za wzorem i ceną jest kilka trochę bardziej istotnych spraw podczas wyboru odpowiedniej chusty takich jak rodzaj (elastyczna, tkana, kółkowa), czy długość chusty. Ja postawiłam na tkaną o splocie żakardowym (chciałam czegoś więcej niż zwykły pasiak) firmy Lenny Lamb o długości 4,6 metra. Różnica pomiędzy moją nową prawdziwą chustą, a starymi podróbkami jest kolosalna. Materiał całkiem inny w dotyku, no i wiązanie, dociąganie to zupełnie inna bajka, może dlatego przy Jaśku sprawiało mi to tyle problemu. Powiem wam, że warto kupić prawdziwą, droższą chustę, bo nawet jeśli noszenie was nie pochłonie to bez problemu sprzedacie taką chustę. Na rynku wtórnym nie tracą one wartości, a używanego pasiaka można kupić już od 100-150zł.

3. Nauka wiązania

Razem z chustą dostałam instrukcję poszczególnych wiązań, a internet jest pełny filmów instruktażowych, ale czy to wystarczy? Jak dla mnie nie, przy Jaśku obrałam strategie „Zosi samosi” i cały czas miałam trudności, albo jakieś wątpliwości co do naszego wiązania. Dlatego przy Ryśce chciałabym skorzystać z konsultacji doradcy chustowego. Teraz ćwiczę z tą moją instrukcją, lalą i internetem, żeby już znać wiązania, pamiętać poszczególne ruchy, ale po narodzinach chcę, żeby ktoś sprawdził, czy robię to na pewno dobrze.

Temat chust i noszenia dzieci to temat rzeka, a internet jest pełen wiedzy. Wystarczy dobrze poszperać, a warto. Szczególnie jeśli jesteśmy mamą psiarą i chcemy nadal chodzić na spacery w krzaki ;) Dlatego drogie przyszłe i obecne mamy polecam Wam noszenie waszych dzieci. Przy psie chusta to dla mnie absolutny MUST HAVE

DSC_5484

Po więcej wiedzy o chustowaniu odsyłam was do Marty z zamotani.pl

ZRÓB TO SAM – KUBRAK DLA PSA

Uszycie kubraka dla naszego psa to nic trudnego. Wystarczy trochę zdolności manualnych, maszyna do szycia i wolny wieczór. Jak to zrobić? Opisze Wam w kilku prostych krokach.

Krok 1: Zakup potrzebnych materiałów

Ten kubrak uszyłam ze starych pokrowców na fotele samochodowe, ale myślę że spokojnie możecie zakupić taką pikowaną „ocieplinkę” w sklepie z materiałami, albo na aukcjach internetowych. Oczywiście można użyć dowolnego materiału, np kocyka, starego śpiwora, jedynym ograniczeniem jest nasza kreatywność. Ja w zeszłym sezonie szyłam kubraki z polarowych kocyków z Ikei i takiego „kurtkowego” materiału, chyba goretex, czy coś w tym stylu (w tej wersji są chyba trochę cieplejsze, bo polarek grzeje, a goretex chroni od wiatru). Na jeden kubrak rozmiaru Fokusa, czyli pit bull ok 30kg wystarczy kwadrat materiału metr na metr. Czyli:

- materiał 1mx1m

- taśma szerokości 2,5cm do obszycia materiału ok 5m

- rzep (ja używam szerokiego 4cm) ok 0,5m strony ostrej i miękkiej (dokładnie 33cm miękki i 45 ostry)

- gumka płaska 0,5m

Po za tym potrzebujemy: duży arkusz papieru, coś do pisania, centymetr, nici w odpowiednim kolorze, porządne, ostre nożyczki, szpilki i oczywiście maszyny.

Krok 2: Przygotuj wykrój z papieru.

DSC_4869

Zanim zaczniemy ciąć materiał warto przygotować wykrój z papieru. Odpowiednio duży arkusz znajdziecie w każdej kwiaciarni (taki zwykły papier do pakowania kwiatów). Papierową wersje możemy wstępnie przymierzyć na psie, przy pomocy szpilek.

Nasz wykrój będzie składał się z 2 części górnej (na plecy psa) i dolnej (pod brzuch). Oczywiście możemy od razu wyciąć potrzebną nam formę i nie trzeba będzie zszywać góry z dołem, ale jest to mniej ekonomiczne jeśli chodzi o zużycie materiału.

Wymiary podane na zdjęciu.

DSC_4759

Krok 3 : Wytnij materiał

Szpilkami przypinamy papierowy wykrój do materiału i wycinamy go.

DSC_4975

Krok 4: Obszywamy materiał

Najpierw sam brzeg materiału, najlepiej owerlokiem, jeśli nasza maszyna jest wyposażona w taką funkcje i mamy odpowiednią stopkę. Jeśli nie, robimy to szwem zygzakiem. Następnie tasiemką.

DSC_4742

Jeśli chcemy uszyć kubrak z polaru + goretex to obszywamy je razem ze sobą (góra polar + goretex i dół polar + goretex) na lewej stronie zostawiając dziurę w miejscu łączenia góry kubraka z dołem. Po obszyciu wywijamy materiał na prawą stronę i jeszcze raz obszywamy, tym razem zwykłym prostym szwem, wsadzając dolną część do górnej, od razu zszywając te dwie części.

Krok 5: Zszywamy dwie części kubraka.

Przyszywamy górę do dołu (plecy do brzucha :) ) po krótszej stronie kubraka, na wysokości ok 27cm.

Krok 6: Przyszywamy rzepy

DSC_4962

- miękkie po lewej stronie (czyli od strony która będzie przylegać do psa) jeden rzep o długości ok 18cm (tak żeby był na całą szerokość zapięcia) na część do zapinania pod brzuchem i drugi długości 15cm na dłuższy kawałek kubraka do zapinania przy szyi. Ważne żeby rzep był przyszyty możliwie najbliżej krawędzi, dzięki temu później materiał nie będzie się wywijał.

- ostre rzepy przyszywamy na prawej stronie (od góry kubraka) jeden dłuższy 15cm na krótszy koniec kubraka do zapinania przy szyi (możliwie wysoko, tak jak na zdjęciu), a trzy krótsze o długości 10cm na wysokości zapięcia pod brzuchem, ustawiamy je tak żeby „łapały” się na całą szerokość miękkiego rzepa, czyli jeśli mamy rzep o szerokości 4cm robimy 2 odstępy po 3cm. Rzepy z odstępami przyszywamy prostopadle do rzepa miękkiego, dzięki temu kubrak będzie miał regulacje na długość rzepki.

Krok 7: Robimy zaszewki na pupę

DSC_4769

Przyznam się, że tą część robię trochę intuicyjne, bezpośrednio na modelu, zakładając kawałek materiału szpilką, ale jeśli mam być dokładna to moja zaszewkę łapię ok 15cm od brzegu i zszywam pod niewielkim kątem 5cm materiału (tak jak jest wbita szpilka na zdjęciu).

Krok 8: Przyszywamy gumki na tylne łapy.

DSC_4873

Dzięki gumkom kubrak nie będzie latał jak peleryna tylko ładnie trzymał się na pupie naszego psa. Gumki są luźne, tak żeby nie obciskały łapy psa, mają tylko przytrzymywać materiał. Gumka ma długość 22cm, przyszywam ją 3cm od krawędzi bocznej i 20cm od krawędzi dolnej. Chociaż tutaj też działa zasada – model, szpilka i wyczucie.

DSC_4966

Kubrak gotowy, model zmęczony pracą i nieszczęśliwy ;)

DSC_4879

 

Jeśli chcemy zrobić indywidualny rozmiar pod naszego psa musimy wziąć pod uwagę następujące wymiary naszego pupila.

1. Długość psa – od końca szyi do ogona, u nas jest to 65cm.

2. Obwód klatki piersiowej – mierzymy tuż za przednimi łapami, u nas jest to 80cm, wymiary na kubraku to 60cm (szerokość góry) + 40cm zapięcie spod brzucha. Razem wychodzi 100cm, ale zapas jest potrzebny nam na zapięcie, nie musi to być aż 20cm, ale ważne żeby rzep dobrze się trzymał i warto mieć parę cm zapasu jakby pies przytył.

3. Obwód szyi – mierzę psa u nasady karczycha, tam gdzie szyja jest najszersza, u nas 58cm. Na kubraku, długość wystających ramion zapięcia 15cm i 30cm + szerokość między nimi 30cm, razem 75cm. Zapas kilkunastu centymetrów na zapięcie.

4. Ważnym wymiarem jest jeszcze odległość zapięcia spod brzucha, które umieszczamy zaraz za przednią łapą psa, najlepiej po prostu przymierzyć na danym psie.

Powodzenia i miłej zabawy :)

PO ROZUM DO GŁOWY (czyli Foku i jego humory)

DSC_4066

Ten problem był u niego od zawsze, od zawsze był stetryczałym marudnym dziadem, który ma swoje fochy i humory, a strategicznym miejscem uruchomiającym te humory było łóżko. Przylazłem tu i lezę, ale ty mnie nie dotykaj, bo się wkurzę. Warczał na mnie jak przesadzałam z czułością, warczał na moją mamę jak wchodziła do pokoju, a on leżał na łóżku. Kiedyś nawet dziad paskudny kłapnął na nią zębami jak próbowała go zgonić. Nigdy jednak nie posunął się o krok dalej, a wiem że jeśli by tylko chciał to by to zrobił. Z czasem okazało się, że ten typ tak po prostu ma, że jest dziadem, marudą, zawłaszczaczem pieleszy, panem nieruszalskim itd.

Bardzo chciałam móc leżeć z nim na łóżku, kto z psiarzy tego nie lubi, a jeszcze w taką aure jak teraz. Jesień, koc, łóżko, herbata i pies pod kocem. Dlatego nadal go wpuszczałam, ale za każdy mruk był wypad z pieleszy. Szybko skumał o co chodzi i np na widok mojej mamy sam zaczął schodzić z łóżka z marudnym pomrukiwaniem. Ja też trochę odpuściłam z nadmiarem czułości. Bardzo przełomowy był dla nas kurs masarzu GaSa, który bardzo zmienił moje postrzeganie psich bliskości. Tak nauczyliśmy się rozwiązywać nasze łóżkowe problemy ;) Włażenie na łóżko tylko po zaproszeniu przez nas i natychmiastowy wypad za warkoty. Łóżko to zwykły zasób jak spacer, żarcie, czy zabawki. Dam ci pokożystać, ale na moich warunkach.

Wcale mnie nie zdziwiło jak problem tegoż zasobu powrócił przy Jaśku. Włazi Knur, układa się, Jasiek się zbliża, już widzę, że świnia robi oko, dziecko go dotyka, a ten swoje….no to wypad z łóżka. Tak było przez kilka tygodni, może nawet miesięcy. Czasem bidok był rozdart, wlazłby na łóżko, ale ten mały trol tam buszuje. Wchodził, zaraz schodził, wreszcie potrzeba leżenia na łóżku wygrała. Dostosuję się do tych waszych durnych zasad, nawet zniosę tego smroda, tylko dajcie poleżeć. Zadziałał ten sam schemat wypad za warczenie i pilnowanie Jaśka by nie przesadzał z miłością do psa.

Patrząc na to z boku można by pomyśleć, że to niebezpieczna sytuacja, że warczenie jest bardzo poważnym sygnałem ostrzegawczym i psu nie wolno tego robić. No bo nie powinien warczeć, tak samo jak ja nie powinnam np krzyczeć na dziecko (albo mówić przez zęby, co jest u mnie oznaką wysokiego stopnia wkurzenia), ale niestety czasem to robię. Nie będę tłumaczyć Knura, bo jego zachowanie mi się nie podobało i za każdym razem pokazywałam mu to ograniczając dostęp do zasobu jakim jest łóżko. Pies zrozumiał i się trochę ogarnął, nadal jest nadzór, konsekwencja i pilnowanie zasad, ale i Fokus nadal jest tym samym stetryczałym mruczącym dziadem.

Wydaje mi się, że niesamowicie ważną kwestią w budowaniu relacji dziecko – pies to ZNAĆ SWOJEGO PSA, wiedzieć na co można mu pozwolić, a na co nie, jakie są jego progi wytrzymałości, co go prowokuje, a co wycisza. Dzięki temu w bezpieczny sposób możemy nadzorować swoje pociechy. Ja znam Fokusa i czułam, że z tym łóżkiem prędzej czy później się ogarnie i z dnia na dzień coraz więcej jest w stanie zaakceptować. Jego próg wytrzymałości znacznie się przesunął i jesienne wieczory spędzamy wszyscy w barłogu.

CZŁONEK RODZINY (czy miłość jest policzalna)

WP_20150912_025

Pojawienie się nowego członka rodziny oznacza wielką rewolucję. Zmienia się cała organizacja życia codziennego, podział czasu, uwagi, obowiązków, właściwie prawie wszystko się zmienia. Kiedy pierwszy raz zaszłam w ciąże wiele osób mnie drażniło głupim gadaniem i pytaniami o psa powołując się właśnie na te „wielkie zmiany”.

Co z nim zrobię? co jak będzie zazdrosny? Zmienią ci się priorytety….i takie inne bzdety ;)

Dziś wiem, że chociaż wiele się zmieniło i Fokus musiał się podzielić przede wszystkim mną, ale i innymi istotnymi sprawami jak podłoga, kanapa, łóżko, to po za tym nie zmieniło się nic w naszej relacji. Nadal jest moim kochanym knurem. Nadal uwielbiam zabierać go na spacery, rzucać mu piłkę i wąchać jego uszy. Nadal jest kimś więcej niż tylko moim psem. Nadal jest członkiem rodziny i nadal nim pozostanie, a tych członków będzie więcej :)

Tak, znów jestem w ciąży i myślę że tym razem będą mi darowane głupie gadki na temat psa skoro pierwsze dziecko nadal żyje ;) Naszło mnie jednak jedno przemyślenie, czy ktokolwiek zapyta mnie o to co zrobię z Jaśkiem jak będzie zazdrosny? I znowu to robię, chociaż tego nie lubię. Znowu porównuje psa do dziecka. Kurde, ale to przecież takie oczywiste, że on też będzie musiał się podzielić, mamą i tatą, ich czasem i uwagą, zabawkami. Może być mu trudno i może się czuć zazdrosny, ale raczej nikomu nie przejdzie przez głowę żeby się pytać o to czy oddamy go z tego powodu.

Tu przystopuje, bo zaczynam już wchodzić na bardzo grząski i kontrowersyjny grunt porównywania dziecka do psa, czy na odwrót. Chodzi mi po prostu o to, że bez względu na to czy ma się jedno, dwoje, czy pięcioro dzieci to każde kocha się tak samo, bo miłość jest niepoliczalna, a dla mnie pies był, jest i będzie takim moim „psim dzieckiem”, które przetarło szlaki szkoły pokory i bezwarunkowej miłości jakim jest wychowywanie.

Nowy członek rodziny zmienia bardzo dużo, ale na pewno nie sprawi że przestaniemy kochać tych starych ;)

Po za tym myślę, że Fokus więcej zyskał niż stracił przy Janku np. przez całe swoje życie nie siedział tyle w kuchni przy stole, co przez te 1,5 roku :D Jasiek zawsze chce go wszędzie z nami zabierać, bardzo o niego dba, zawsze pamięta żeby go poczęstować swoimi biszkoptami, żeby dać mu pić, rzucić piłkę, mogę wymieniać bez końca. Na pewno i Jasiek więcej zyska niż straci, bo dzielić się będą czymś więcej niż tylko rodzicami i zabawkami. Dzielić się będą wspólnym czasem, zabawami, tajemnicami. Zyskają najlepszego przyjaciela do końca życia, bo tak właśnie jest z rodzeństwem.

EMOCJE (o co tak naprawdę chodzi?)

DSC_1905

Jeszcze kilka lat temu patrzyłam z politowaniem na rodziców dzieci wpadających w histerię na moich oczach. Bez względu na to czy były to obce mi dzieci, czy te bliskie (z rodziny), myślałam „jak można tak nie radzić sobie z dzieckiem, ja to bym takiego….”.

No tak….. Dzisiaj jestem mamą 18-sto miesięcznego, pełnego skrajnych emocji chłopczyka. Raz mnie ściska i całuje, a zaraz gryzie zostawiając ślad zębów na dwa kolejne dni. Puki idzie po jego myśli jest gładko, ale niech no tylko nasze zdania się rozbiegną, uuuuuu. „Boże mój, Boże czemuś mnie opuścił”. Wrzeszczy, krzyczy, histeryzuje, może chciałby powiedzieć o co chodzi, ale nie umie i to go jeszcze bardziej rozwściecza. Czasem wydaje mi się, że on sam biedny już nie wie o co mu chodzi. Bunt dwulatka? Czy to już? Czy mogę tym wszystko usprawiedliwić i żyć dalej? Czy moje dziecko próbuje mnie terroryzować i wymuszać na mnie różne sprawy, a ja powinnam jakoś temu zaradzić? No nie wiem…..

To tak trochę jak z tą nieszczęsną dominacją u psów. Łatwo i chętnie na nią zwala się wszystkie problemy z psem, ale czy rzeczywiście to chęć władzy nad nami kieruje psem (albo dzieckiem)? Powiem wam, że bycie świadomym właścicielem trudnego psa, na maksa przygotowało mnie do macierzyństwa. Dziękuje Fokuniu :D Oczyściło mój umysł z tych wszystkich bzdur. Z chodzenia przy nodze pod linijkę, wymuszania czegokolwiek, szarpania się, byle tylko było po mojemu. Wiadomo pies to nie dziecko i z jednej strony nie lubię porównywania psa do dziecka, ale wychowanie, to wychowanie i jeśli chcesz wychowywać, a nie tresować to podstawowe zasady są te same. Nie chodzi o to żeby kogoś sobie podporządkować tylko nauczyć go jak podejmować dobre decyzje, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach i jak mówić nie, a przy tym nie tracić nad sobą kontroli.

Strasznie mnie wkurza to takie, pobaw się z chłopcem, podziel zabawką, albo przywitaj z pieskiem (to z tej psiej strony) i kluczowe „bądź grzeczny”. Może dlatego że ja sama mam z tym problem i często kosztem siebie staram się „być grzeczna” w stosunku do innych, a to nie jest zdrowe i prowadzi do frustracji.

Dlatego u nas nie musisz „być grzeczny”, jeść ładnie, siedzieć równo, nie chcesz się bawić to nie, nie musisz też tłumić emocji, chcesz krzyczeć krzycz, a ja będę przy Tobie i poczekam, aż się uspokoisz. Nie będę Ci kazać być cicho, nie zmuszę Cię do niczego – poczekam. Poczekam aż emocje opadną i przypilnuje żebyś nic sobie, albo komuś nie zrobił. Poczekam, aż będziesz znowu gotów na to co dla Ciebie mam. Na naszą wspólną zabawę, naukę, nasz czas. Wiadomo są granicę których, ani pies, ani dziecko nie powinno przekraczać, ale na prawdę nie trzeba na każdym kroku udowadniać im swoich racji, nie trzeba ich „łamać” ani „gasić”, bo czasem wystarczy poczekać, aż się uspokoją i dalej będą sobą.

Z emocjami nie jest  łatwo sobie poradzić, ja sama mam często z tym problem, a jeśli dochodzi do tego stres, frustracja, niepowodzenia, zmęczenie, czy cokolwiek innego to bardzo łatwo wybuchnąć. Może czasem po prostu trzeba – pokrzyczeć, popłakać, w coś walnąć, powiedzieć nie, wkurzasz mnie, spadaj. Dać upust swoim emocjom, pozwolić sobie na ich przeżywanie. Sobie, dziecku, psu.

Chodzi mi o to, że ważne jest wyznaczanie granic swoim wychowankom, ale równie ważne jest nauczenie ich wyznaczania granic innym, bo tak uczymy się szacunku do samych siebie.

 

KAGANIEC

DSC_2649

Zło konieczne, przykry obowiązek, czy po prostu szacunek w stosunku do innych?

Mam dużego psa, psa rasy z tych „złych”, czy muszę mu zakładać kaganiec zawsze kiedy wychodzę z nim z domu? NIE. I tego nie robię. Na zwykłe spacery chodzi na smyczy, ale bez kagańca. Prawie codziennie jest spuszczany ze smyczy, bez kagańca, ale w miejscach w których rzadko spotyka się przechodniów. Jednak są takie chwile i sytuacje w których nie wyobrażam sobie nie mieć go na smyczy i w kagańcu (jak np. autobus i nie tylko).

Dziś byliśmy razem nad rzeką, nie było dużo ludzi, ale byli, były małe dzieci i ich rodzice. Osobiście lubię wypoczywać z psem, ale nie lubię stresować tym innych dlatego w takich miejscach chętnie korzystam z kagańca. Dobrze dobrany, fizjologiczny kaganiec nie jest dla psa problemem, nawet w taki upał jak dziś. Może w nim ziać, pić i w pełni korzystać z wspólnego czasu.

Na prawdę rozumiem, że ktoś może bać się psów (szczególnie dziecko). Sama wiem jak mnie stresują latające luzem psy kiedy jestem gdzieś z Fokusem (podbiegnie, czy nie podbiegnie, zakotłują się, czy będzie spokój). O ile łatwiej byłoby mi się nie spinać, gdybym dostała jasny sygnał od właściciela jakim jest zabezpieczenie w postaci smyczy i kagańca.

Szanujmy siebie nawzajem, szczególnie w miejscach w których wypoczywamy.