RELACJA

WP_20150309_001

Dwa dni temu minęło 15mc jak jesteśmy wszyscy razem. Kiedy to zleciało? Pamiętam moje wielkie „przygotuj psa na dziecko”. Pamiętam jak przynieśliśmy Jaśka do domu i Fokus nie mógł się go nawąchać, jak reagował na każdy jego kwęk. To dziwne, nowe „coś” pochłaniało jego uwagę, ale przy tym wydawał się zatroskanym zmartwionym „psem nianią”. Do czasu, aż to „coś” zaczęło się przemieszczać, ruszać jego rzeczy, włazić na posłanie i ciągnąć za uszy. Zaczęły się schody, zaczęły się drobne pomrukiwania i zaczęło go to „coś” wkurzać. Trochę się martwiłam jak to dalej będzie. Może to się wydawać niektórym głupie, ale ten pies tak dużo dla mnie znaczy i chyba bym umarła gdybym musiała stanąć przed wyborem „dziecko, albo pies”. Bywało mi trudno, to trochę tak jakby na brzegu stołu stała cały czas gorąca herbata, niby sama w sobie niegroźna, jednak wiadomo jakie może mieć skutki w połączeniu z dzieckiem wspinającym się po wszystkim i sięgającym po wszystko, a Jasiek całymi dniami potrafił jako jedyny cel obierać sobie psa.

Z drugiej strony nie chciałam siać paranoi, znam mojego psa, wiem że jest stetryczałym maruderem, nie zawsze mu wszystko pasuje i mruczał nie raz na nas wszystkich w różnych sytuacjach życiowych. Pilnowałam ich, czasem zamykałam psa w klatce, żeby dać sobie trochę oddechu, ale kluczowe było włączanie Jaśka w obsługę psa. Wspólne spacery, karmienie, smakołyki, zabawki wszystko przechodziło przez jego ręce, wszystko odbywało się z jego udziałem.

Dzisiaj widzę jak ogromny wpływ miało to na ich relację. Dzisiaj widzie mądrego chłopczyka, który ma psa, kompana, przyjaciela. Dzieli się z nim swoim jedzeniem i zabawkami. Dba o niego, karmi, daje mu pić, martwi się, tęskni, cieszy gdy się znowu razem widzą i mogą bawić, woła po swojemu, głaszcze czasem pod włos, ale Rudemu to nie przeszkadza, bo i w nim widzę zmianę. Zaczął być dużo bardziej wyrozumiały, jakby stwierdził jednak ten mały śmierdziel jest spoko, nawet go lubię i dam mu czasem posiedzieć na moim posłaniu. Kocham ich i tak się cieszę, że oni siebie chyba też.

KTO JEST KTO (o hierarchii w naszym domu)

WP_20150313_008

Według mnie każda grupa społeczna (ludzka, zwierzęca, czy mieszana) potrzebuje jasno określonego układu hierarchicznego. Kiedy poszczególni członkowie znają swoją pozycję w grupie można uniknąć wielu konfliktów, wiadomo kto z kim i na co może sobie pozwolić.

Hierarchia i dominacja często kojarzy się z czymś złym. Szczególnie w środowisku psiarzy, w którym to słowo „dominacja” jest bardzo często nadużywane, niekoniecznie trafnie określając dokładne jego znaczenie. Przeważnie kiedy z psem jest jakiś problem mówi się „on ma dominujący charakter”, albo „chce dominować”. Tymczasem samo słowo dominacja według słownika języka polskiego znaczy „przewaga nad kimś”. Myśląc zdroworozsądkowo dochodzę do wniosku, że każdy człowiek na starcie ma przewagę nad swoim psem. Przecież to człowiek decyduje o całym psim żywocie zaczynając od miejsca do spania, poprzez spacer, zabawę, rodzaj i czas jedzenia. Zakładamy im obroże i prowadzamy na smyczach, decydujemy gdzie mogą iść, a gdzie nie, czy odepniemy karabińczyk i damy biegać luzem. Pies jest niemalże zupełnie zależny od człowieka.

Kwestia siły

Mając tak dużą przewagę w tak ważnych aspektach życia psa nie trzeba stosować siły aby osiągnąć wysoką pozycję w grupie. Na chwilę obecną jestem przeciwna jakimkolwiek rozwiązaniom siłowym względem psów. Tak, kiedyś go szarpałam i wydawało mi się, że to ja mam nad mi przewagę fizyczną. Dziś nie mam złudzeń. Wiem że pies jest w stanie poradzić sobie z 4 razy cięższym od siebie przeciwnikiem (źródło Joel Dehasse Agresja u psów). Z resztą kiedyś osobiście dostałam lekcje od mieszańca, który mnie pogryzł. Świadomość braku przewagi fizycznej nad psem uczy pokory i szacunku, uczy szukania innych rozwiązań niż użycie siły. Jest to tym bardziej ważne jeśli mieszka z nami dziecko, które jest na straconej pozycji w starciu nawet z małym psem. Dzieci uczą się głównie przez obserwacje dorosłych i naśladowanie ich zachowań. Mam nadzieję że żaden myślący człowiek nie chciałby, żeby jego dziecko próbowało korygować zachowanie psa przy użyciu siły.

U nas w domu

Mieszkamy w piątkę, czterech chłopów (Piotrek, Jasiek, mój tata i Fokus) no i ja (królowa matka ;) ha ha ha). Dla mnie status każdego z osobna jest oczywisty, wiadomo kto płaci czynsz i zapełnia lodówkę ;) ale czy dla Fokusa? Jeśli chodzi o osoby dorosłe, to na pewno liczy się z moim i Piotrka zdaniem, czasem „pyskuje”, ale generalnie słucha się i umie podporządkować. Mojego tatę uwielbia, ale nie ma do niego za grosz szacunku. Za nic nie chce się słuchać, na spacerze potrafił go przewrócić i ciągnąć za sobą na smyczy (po czym tata dostał zakaz wychodzenia z psem), z resztą ojciec nigdy niczego od niego nie wymaga i pozwala sobie wchodzić na głowę. Wiele razy, mówiłam mu jak może podnieść swój statut, ale nigdy nawet nie spróbował.

Ciekawa jestem jak jest z Jaśkiem, jak Fokus go postrzega? Chciałabym żeby nie ograniczało się to jedynie do tolerancji. Chciałabym żeby mu ufał, ale również go szanował, bo Wychowany z pit bullem to nie tylko „jak przygotować psa, żeby zaakceptował dziecko”, to ciągły nadzór i praca nad budowaniem i docieraniem się relacji, poczuciem obowiązku za członka grupy, szacunku do wzajemnych potrzeb, własności, przestrzeni. Uczę ich obu, próbując podnieść status dziecka poprzez proste zależności o których pisałam wcześniej. Już samo sypanie chrupek do miski nabrało czegoś magicznego, czegoś co jest tylko ich. Pies siedzi, czeka. Jasiek grzebie w worze, później sypie, brzdęk chrupek o miskę, ślina leci, ale nadal czeka, w końcu jest, dali mu, już może, a my oglądamy z Jaśkiem jak wsuwa. To takie fajne patrzeć jak dziecko staje się dla psa przewodnikiem.

CZY TO JEST UROCZE (i czy psu wolno warczeć?)

DSC_1024
Coraz częściej spotykam się w internecie z kampaniami typu „to nie jest urocze”. Filmy lub zdjęcia z udziałem dzieci i psów, komentowane przez różnego rodzaju szkoleniowców czy behawiorystów. Opisywane zachowania psa, sygnały świadczące o stresie, czy agresji, rzeczy które powinny niepokoić. Z jednej strony to dobrze, że ten temat jest poruszany, że zwraca się uwagę na to żeby pilnować i obserwować swoje pociechy w obecności czworonogów. Z resztą ja sama zanim opublikuję jakieś zdjęcie czy film, oglądam go kilkukrotnie doszukując się jakiś nieprawidłowości. Jednak z drugiej strony zastanawiam się czy w tych uwagach odnośnie mowy ciała psa osoby komentujące nie popadają czasem w nadinterpretacje.

Prawdę mówiąc mój pies w relacji z moim dzieckiem, często daje różne sygnały dyskomfortu np. oblizuje się, czy odwraca głowę. Mogłabym zrobić takie zdjęcie, a moje pociechy stałyby się głównymi bohaterami kampanii „to nie jest urocze, to jest niebezpieczne”. Chociaż jej autorzy nie znaliby usposobienia psa, jego relacji z dzieckiem, nie wiedzieli co się wydarzyło wcześniej, albo później. Ja sama mogłabym zaniepokoić się całą sytuacją, zacząć spinać i panikować za każdym razem kiedy tylko dziecko zbliża się do psa, a ten daje jakiekolwiek oznaki zdenerwowania. Co pewnie doprowadziłoby do większej ilości stresowych sytuacji dla wszystkich domowników.

Ważna jest edukacja, świadomość etogramu psich zachowań, ale jeszcze ważniejsza jest znajomość swojego psa i zdrowy rozsądek. Może gdybym dalej tkwiła w swojej obsesji posiadania idealnego psa, obecna sytuacja w moim domu by mnie niepokoiła. Szukałabym usilnie odpowiedzi na pytania z cyklu „co zrobić kiedy pies warczy na dziecko?” (bo owszem czasem mu się zdarza). Na szczęście uwolniłam się od tego i zupełnie inaczej patrze teraz na wiele psich spraw. Mój pies to nie szablon z książki, czy badań naukowych. Od dawna korzysta z warczenia jako komunikacji z otoczeniem w różnych sytuacjach, jest nadpobudliwy i lękowy, czasem przeszkadza mu nadmierna czułość, trzeba go w dużej mierze „czuć” żeby wiedzieć o co mu akurat chodzi.

Jasiek z kolei jest jeszcze większym narwańcem (trafiła kosa na kamień). Cały dzień mógłby za nim chodzić, głaskać, przytulać, zachęcać do zabawy. Przy tym jak to dziecko zachowuje się trochę nieobliczalnie i to co jest dla niego naturalne (jak np obejmowanie, patrzenie w oczy, biegnięcie na wprost), dla psa jest czasem po prostu trudne do zniesienia. Po za tym nie oszukujmy się, na dłuższą metę małe dziecko po prostu jest wkurzające. Mnie wkurza, a jestem jego matką i chociaż kocham go ponad wszystko, to są dni w których czuje że nie wytrzymam, że mam go dosyć i muszę od niego odpocząć (że sama zaczynam trochę warczeć). Dlatego jest dla mnie oczywiste, że i pies może mieć go dosyć. W gruncie rzeczy zastanówmy się ile razy nasz pies ma dosyć nas samych, odwraca głowę, albo unika kontaktu kiedy chcemy go całować, obejmować, lub brać na ręce.

Uwolniona od schematów i powinności, nie będę zadawać sobie pytania „czy psu wolno warczeć?”. Na co dzień pytam samego zainteresowanego „Fokus, czy musisz?” i próbuję pokazać, że nie musi.

Bo po pierwsze czuwam nad tym żeby Jasiek:
- nie przeszkadzał mu kiedy Fokus je (chociaż przy żarciu nigdy nie zdradzał żadnych oznak spięcia to jest to dla mnie sprawa przenajświętsza, żadnego grzebania w misce, wyrywania gryzaków, zabierania pełnego konga!! bo to na pewno nie jest urocze)
- nie obsiadał go kiedy pies nie ma na to ochoty (Fokus miewa problemy z nadmierną czułością o czym wspominałam już we wcześniejszych wpisach i trzeba wiedzieć kiedy dać mu spokój, tutaj nie ma jednej strategi bo czasem wystarczy mu że na mnie spojrzy i czuje że czuwam nad wszystkim, czasem głaszcze go razem z Jaśkiem i to dodaje psu poczucia bezpieczeństwa, a czasem wiem że muszę go odesłać na miejsce, albo kazać dziecku się odczepić i nie da się tego rozróżnić po konkretnym sygnale z etogramu trzeba to wyczuć)

A po drugie staram się żeby Jasiek był źródłem tego na czym psu zależy:
- spacer (przecież nie musi trzymać smyczy, wystarczy że chodzą na nie razem codziennie od kiedy Kurczak się pojawił)
- żarcie (wprowadzenie stałych pokarmów do diety dziecka poskutkowało natychmiastowym dokarmianiem psa, teraz jeszcze każe sobie podawać pudło ze smakołykami, no i chrupki do miski wsypuje, a co niech się uczy że pies to obowiązek ;) )
- zabawa (rzucanie piłeczki interesowało go od momentu w którym przekręcił się na brzuch)
- czułość (tej czasem Fokus dostaje w nadmiarze, ale w końcu i Jasiek nauczy się „czuć” psa

Relacja psa z dzieckiem to nie sama słodycz i cukierki. To nie jest tak że Fokus z Jaśkiem tylko się kochają i przytulają. Nie wszystko jest urocze, ale takie być nie musi, bo w prawdziwym życiu i codziennych relacjach zawsze pojawiają się jakieś zgrzyty, ale grunt to umieć się szanować i znajdywać wspólne kompromisy (jak na razie to ja ich im szukam, ale może kiedyś sami się nauczą czuć siebie na wzajem).

CIĄŻA (Czyli jak przygotować psa na dziecko) 10 luty 2014

DSC_4564

Jasiek nie był w planach. Zajście w ciąże kojarzyło mi się raczej z końcem świata i jakoś nie specjalnie śpieszyło mi się do rodzenia dzieci. Do tego obraz otaczających mnie ciężarnych, zmęczonych samym jestestwem przerażał mnie jeszcze bardziej. Czułam że ciąża i dziecko przeszkodzi mi w robieniu tego co mam w swoich planach, że trudno mi będzie pogodzić ze sobą wiele spraw. Najbardziej bolało mnie to, że będę musiała na jakiś czas zrezygnować z wolontariatu. Co będzie z moimi podopiecznymi? Kto się nimi zajmie? Kto wyjdzie z Riko? Na szczęście w schronisku wspaniała grupa wolontariuszy zajęła się moimi psami, za co im ogromnie dziękuje. Ja miałam więcej czasu i motywacji do promocji co zaowocowało adopcjami.

Po za tym zastanawiałam się na ile mi starczy sił na wszystko, na ile będę w stanie pójść na spacer z moim własnym psem i jak jego przygotować na nowego członka rodziny?

Dziś jestem 2 dni przed terminem porodu. Przytyłam w sumie 14kg. Mam brzuch jak bęben i chodzę jak kaczka, ale cały czas jestem w stanie iść na długi spacer, a nawet zapanować nad moim psem na smyczy jak podejmie jakąś awanturę. No dobrze, ale co zrobiliśmy przez ten czas żeby przygotować Fokusa na dziecko? Czy da się w ogóle przygotować psa na dziecko? Pytanie czy ja sama jestem gotowa na dziecko?! Ha ha ha ha…. Niby zakupiłam cały sprzęt, zapoznałam się z broszurkami/książkami odnośnie opieki i pielęgnacji, ale tak na prawdę nie mam pojęcia jak to będzie kiedy dziecko pojawi się już w naszym domu! Szczerze mówiąc to chyba bardziej martwię się swoim brakiem kompetencji, niż psem. Fokus jest dość dobrze z socjalizowany z dziećmi dzięki potomstwu moich braci. Od samego początku miał kontakt z dziećmi w przedziale wiekowym 0-9. Mimo to przeprowadziłam mu różne ćwiczenia mające na celu lepsze przygotowanie go do tego co będzie się działo.

- Dużo wcześniej zapoznałam go ze wszystkimi sprzętami takimi jak łóżeczko, fotelik, wózek.

- Przećwiczyłam z nim różne scenki z udziałem mojego lalkowego asystenta. Noszenie dziecka na rękach, kołysanie, ale i kładzenie na macie edukacyjnej na podłodze. Dopuszczałam drobne zainteresowanie z jego strony, ale wymagałam przy tym spokoju i delikatności.

- Puszczałam płacz niemowlaka, który tylko na samym początku budził jego lekkie zainteresowanie. Dawałam mu przy tym gryzaki, konga. Szybko przestało go to w ogóle interesować.

Wiele źródeł radziło poświęcać mniej uwagi psu, ograniczyć pieszczoty i wychodzić na krótsze spacery. Do tego jednak się nie zastosowałam, bo uwielbiam to robić. To tak samo jakby mi ktoś powiedział, że mam słodyczy nie jeść w ciąży…żarty…wystarczy że z piwka musiałam zrezygnować. Wiele osób mówiło mi „zobaczysz zmienią ci się priorytety”. No zmienią, wiadomo że to Jaśko będzie na pierwszym miejscu, że będzie dla mnie ważniejszy niż pies, ale czy musi to oznaczać że psa przestane kochać tak mocno jak kocham go teraz? Czy przestane chodzić z nim na wyprawy w krzaki nad Wisłę i przestanę robić te wszystkie rzeczy które ja sama uwielbiam tak jak i mój pies? Czas pokarze, ale nie sądzę żebyśmy z tego zrezygnowali, a Jasiek będzie po prostu częścią naszej wspólnej psiej przygody. Tak na prawdę już jest.

Myślę też że w przygotowaniu psa na dziecko najważniejsze jest jego wychowanie i socjalizacja, bo jeśli pies szanuje nas, słucha się i zna dobrze zasady obowiązujące w domu to przyjęcie dziecka nie będzie dla niego większym problemem niż dla nas samych.

Tym wpisem rozpoczynam serie relacji Jankowo – Fokusowych. Jak na razie najbardziej boje się porodu, tego w jakiej formię będę po wszystkim i jak szybko dojdę do siebie. Mam nadzieje, że będzie tak dobrze jak do tej pory. W sumie przez cała ciąże jakoś dawałam radę i najbardziej się bałam tego co to będzie jak będę już w 9mc. Teraz jestem i jest bez tragedii, chodzę, żyje, daje radę. Chyba najbardziej przeraża to co nam nieznane. Samej ciąży też się bałam, a teraz już jestem na finiszu. Dlatego nie ma co się na zapas bać tylko brać to co życie nam daje.

Świąteczne porządki (z pomocą mopa parowego)

DSC_0317

Od dawien dawna mój szanowny małżonek mówił „kupmy mopa parowego”, ale ja jakoś nie pałałam szczególnym entuzjazmem do tego pomysłu. Wydawało mi się, że to raczej głupi gadżet niż przydatne urządzenie. Jednak za sprawą wizyty pewnego gościa zmieniłam swoje zdanie i teraz zastanawiam się jak ja mogłam wcześniej żyć bez tego cuda.

Na świąteczne porządki zawitał do nas mop parowy firmy Bissell. Dostaliśmy go na próbę do przetestowania i wydania opinii na jego temat. Chciałam napisać o wadach i zaletach, ale że tych pierwszych nie znalazłam to skupię się na zaletach.

- duża stopa myjąca podłogę – bardzo szybko można umyć dużą powierzchnie

- dwie nakładki z mikrofibry – jedna delikatniejsza np do paneli, a druga bardziej ostra (ta świetnie sprawdza się w kuchni)

- przy stopie jest szczotka – skrobaczka do hardkorowych zabrudzeń (ułatwia odskrobanie przyschniętych zupek, kaszek, bananków i innych pyszności, które mój pierworodny zdecyduje się wywalić na podłogę, a pies nie raczy pozbierać)

- urządzenie jest bardzo zwrotne – bez problemu wjechał pod łóżko, kaloryfer, stół, krzesła, a do tego nie trzeba było się przy tym specjalnie wysilać

- długi kabel – z jednego gniazdka w przedpokoju byłam w stanie umyć prawie całe mieszkanie, może to nie penthouse, ale trochę tego metrażu mamy. Po sprzątaniu kabel można zwinąć na specjalne haczyki zamontowane na mopie (bardzo lubię takie praktyczne drobiazgi).

- nie stosujemy chemii, a para usuwa bakterie – nie jestem w stanie sprawdzić flory biologicznej mojej podłogi po stosowaniu mopa, ale brak chemii jakoś wewnętrznie mnie uspokaja. Jasiek ma bardzo dużo styczności z podłogą, kładzie na niej rączki, które później bierze do buzi, a czasem bezpośrednio liże podłogę. Zdecydowanie wolę żeby lizał ją bez detergentów.

Jednak największą zaletą mopa parowego jest to, że da się z niego korzystać przy raczkująco/chodzącym dziecku. Klasyczne mycie podłogi było wyzwaniem. Wiadro z wodą jest dla Jaśka tak interesującym obiektem, że nie jestem w stanie go upilnować. Chce maczać ręce, mieszać wodę, podciągać się na wiadrze. Kilka razy o mały włos nie wylał wszystkiego na siebie. Tak na prawdę żeby porządnie umyć podłogę potrzebowałam kogoś do opieki nad dzieckiem, albo musiałam czekać aż pójdzie spać. Teraz tak samo jak przy odkurzaniu, dziecko może krzątać mi się pod nogami, bo nie mam wiadra. Nie muszę wkładać siły fizycznej w mycie podłogi, bo mop łatwo się prowadzi (nawet jedną ręką, to zawsze zapulsuje u matki, która chętnie wyhodowałaby na plecach trzecią, czwartą i piątą rękę).

Jeszcze z takich drobiazgów, to można regulować moc pary, a nakładki myjące mają kieszonkę na krążek zapachowy.

Drogi Mikołaju bardzo bym chciała żeby ten mopik został już u mnie na zawsze.

 

GDY NA CIEBIE PATRZE (moje utrapienie, moim ukojeniem)

bary

Czasami nachodzi mnie myśl „po co ludziom dzieci?”. Decydując się na nie, rezygnujemy ze świętego spokoju na następne 20 lat (a może i do końca naszych dni). Pieluchy, kolki, nieprzespane noce, płacze, histerie, potrzeby, koszta, bunt nastolatków, a jednak chcemy mieć dzieci i co lepsze posiadanie  dzieci daje ogromną radość. Wystarczy jedno spojrzenie, jeden uśmiech tej małej istoty żeby serce zalało się ciepłem, a głowa zapomniała o wszystkich trudach.

Pies to też ciągłe problemy. Moja mama w kółko powtarzała „nie miałaś babo kłopotu, to sobie psa wzięłaś”. Zeżarte buty, zaszczana podłoga, pochorował się – koszta, ujada na sąsiadów – wstyd, pogryzł czyjegoś psa – znowu koszta i wstyd. Same utrapienia z tym psem, ale żyć bez niego się nie da. Przyjdzie, gapi się na mnie i wiem, że i tak będę go znosić z uśmiechem w sercu dla tego jednego spojrzenia, dla tej chwili kiedy kładzie swój rudy łeb na mojej nodze.

Może znowu zaczynam pisać o tym samym, znowu porównuje te dwie relacje, ale ten czas z Jaśkiem tak bardzo mnie zmienia, moje podejście do siebie, do życia i do mojej pasji jaką są psy.

Przez okres ciąży wydałam do adopcji większość moich podopiecznych. Zostały największe szatany, moje utrapienia, z którymi trudno było złapać jakikolwiek kontakt, a spacer to była istna walka o przetrwanie. Podobnie jak z Fokusem obmyślałam schematy postępowania i skupiałam się na celach do przepracowania, ale po powrocie z macierzyńskiego wcieliłam w życie moje wychowawcze przemyślenia zmieniając swoje podejście również do schroniskowych psów. Teraz chcę po prostu z nimi być, poświęcać swój czas, proponować moje towarzystwo, kontakt, spacer, zabawę, ale za razem szanować i akceptować to jakie są.

Cała trójka strasznie fajnie się otworzyła, a może to ja wreszcie zauważyłam coś więcej. Każdy z nich robi to samo spojrzenie, właśnie to po którym jest się wstanie wybaczyć najgorsze wybryki. Nawet Bary, mój nowy podopieczny, pies wiszący na smyczy, albo mielący cały spacer piłkę w pysku. Wydawałoby się, że to oszołom bez żadnego kontaktu, nie mający dużej szansy na adopcje, a jednak widzę w nim właśnie to spojrzenie. Kurde to daje takiego kopa, taką moc, że coraz lepiej sobie z nimi radzę. Jakoś tak intuicyjnie, bez Cezara Millana, Viktorii Stilwell i całej reszty specjalistów. Teraz wystarczy mi długa linka, polana i wspólny czas.

Chyba coś we mnie pękło, bo rozstania w schroniskowym boksie, zrobiły się bardzo trudne.  Jedna myśl nie daje mi spokoju „To przecież były czyjeś psy!” może i trudne, problemowe, ale czyjeś. Czy ten ktoś nie widział ich oczu i tego co one mówią? Czy to nie powinno wystarczyć żeby kochać psa nawet jak jest najgorszym z najgorszych?
Mój pies to problem, moje utrapienie, ale to jedno spojrzenie potrafi wywołać uśmiech na mojej twarzy nawet w najgorsze dni. Dlatego zasługuje na porządny spacer, pełną miskę i miejsce na kanapie. Tak samo jak Roki, Uzo, Kermit i Bary. Trudne, problemowe psy mają mniejsze szanse na adopcje, ale kto wie co znaczy mieć taki „problem” ten zauważ i doceni ich jedno spojrzenie.

WYCHOWYWAĆ (a co to znaczy?)

_DSC2931

Nie tak dawno pisałam o kryzysie, dopadło mnie zmęczenie, rozdrażnienie i nawarstwiające się obowiązki i dopadłam się ja sama. Chciałabym być panią perfekcyjną, cały czas coś od siebie wymagam, robię listy zadań do wypełnienia, układam plany dnia, tygodnia, miesiąca wyszczególniając to co POWINNAM. Nawet nie wiem skąd się to u mnie wzięło, może właśnie przez te wszystkie programy i poradniki. Perfekcyjna Pani Domu powie mi jak posprzątać dom, Super Niania jak wychować dziecko, a Cesar Millan jak poradzić sobie z psem, powinnam tylko……tutaj wstawiamy te ich wszystkie rady i już jest super. Dom przechodzi test białej rękawiczki, a dziecko i pies są najgrzeczniejsze na świecie. Gdyby to wszystko było takie proste …. Chyba gdzieś naiwnie myślałam, że jest i to właśnie było moją zgubą.

Co złego może być w dążeniu do ideału,  a no to że ideały nie istnieją.  Ja niestety  chciałam z Fokusa zrobić taki idealny egzemplarz. Stąd ta moja wyboista droga po edukacji psiego tematu. Tak też zrodził się mój pierwszy fanpag, bo miałam wreszcie porządnie wziąć się za zachowanie mojego psa. Wypisałam listę problemów i cele do osiągnięcia, obmyślałam różne ćwiczenia, schematy postępowania, robiłam podsumowania i wnioski. No cóż….po 2 latach mogę powiedzieć, że owszem poczyniliśmy pewne postępy, ale Fokus jaki był taki jest :D Cała lista problemów aktualna ;) tylko reszta zapisków uległa zmianie.

Dojrzewało to we mnie jakiś czas, aż wreszcie nadeszło wielkie oświecenie. Jego sprawcą był mały człowiek, który pojawił się w naszym domu. Od samego początku starałam się traktować go na serio, jak człowieka z pełnym szacunkiem do jego potrzeb, do tego co czuje i jakie ma zdanie na dany temat. Tak, nawet niemowlę może mieć swoje własne zdanie i chociaż nie zawsze się z nim zgadzam to czasem muszę je przyjąć. [Tu olśnienie nr 1 czy zatem pies też może mieć swoje zdanie? np. odnośnie konieczności unicestwienia psa sąsiadów.]

Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie sięgnęła po jakiś poradnik z zakresu obsługi niemowlaka. Nawet fajnie się czytało, tak szybko i lekko. Jednak równie szybko zapomniałam o wielu radach autorki, bo skąd ona może wiedzieć jak uśpić mojego Kurczaczka, albo ile ma zjeść żeby się najeść. Może zna się na niemowlakach, ale na moim Jaśku znam się o stokroć lepiej od niej. Relacja z dzieckiem jest czymś tak niesamowitym, że gdzieś w środku wiesz co masz robić, wiesz co jest dobre. Wystarczy słuchać dziecka, być z nim i wiesz. Nawet w tych najtrudniejszych, kryzysowych sytuacjach jak już nic nie działa to po prostu jestem i czuję że muszę po prostu być i przetrzymać, bo może zęby, może brzuch, a może po prostu ma potrzebę sobie popłakać. [Olśnienie nr 2 kto może znać Fokę lepiej ode mnie? przecież to ja wiem gdzie trzeba iść na szybką dwójkę, i że z wszystkich gryzaków do żucia najlepsze jest białe ucho, albo który pies "jego zdaniem" jest do odpalenia.]

Tymi doświadczeniami Jasiek mnie otworzył. Otworzył mnie na mojego psa i to co nas łączy. Teraz wszystko wydaje mi się takie oczywiste. Przy Jaśku nie zakładam nic z góry, nie oczekuje że będzie taki jak ja chce, nie planuje go trenować, albo „ustawiać”. Nie wiem jakie problemy wychowawcze nas czekają (bo na pewno będą) i nie łudzę się że jestem w stanie im wszystkim zapobiec. Dlaczego więc w przypadku Fokusa myślałam zupełnie odwrotnie? Bo jest psem? Bo to zwierze? Bo ma się zachowywać tak jak mu karze, jak ja chce? Tak łatwo zatracić się w poczuciu władzy nad kimś. Czy z psem nie może nas łączyć podobna relacja oparta na bliskości, intuicji, na tym że się znamy?

Mam na osiedlu sąsiadkę, starszą panią, spaceruje z małym kundelkiem Ryśkiem. Uwielbiam ich obserwować, to jak się doskonale rozumieją, jak znają na pamięć swoje wszystkie gesty, słowa. Przy tym Rysiek jest najlepiej ułożonym psem jakiego kiedykolwiek widziałam, a nie sądzę żeby sąsiadka stosowała wobec niego jakiekolwiek taktyki szkoleniowe,  zawsze bez smyczy, nikogo nie zaczepia, drepcze krok w krok za swoją panią i słucha co ona do niego mówi. Pewnie po części jest to zasługa usposobienia Ryśka, a on sam nie rozumie wszystkiego co jego pani mu mówi, ale jest w tym coś magicznego.

Kiedyś śmiałam się z takich ludzi „mój pies rozumie wszystko co do niego mówię” (ta, jasne), ale ostatnio sama nagadałam Fokusowi i może nie zrozumiał dosłownie, ale zrozumiał ;) bo poskutkowało. Usypiałam Jaśka i dureń zaczął ujadać więc wychodzę do niego i pytam (spokojnie, ale bardzo stanowczo – ostatnio stanowczość mi dobrze idzie) „Czego się drzesz? Nie widzisz, że dziecko usypiam? Jak on ma zasnąć jak ty się tak wydzierasz.”. Nie wiem jaką moc miały te słowa, ale tego wieczoru nie szczeknął już ani razu.

Wychowywać – co to znaczy? Wcześniej myślałam, że wymagać, ćwiczyć, dążyć do perfekcji. Dzisiaj to być razem, opiekować się, wspierać, znać i stawiać granice. To jest moje kluczowe olśnienie. Nie trzeba być ideałem, żeby być dobrze wychowanym. Każdy ma prawo do błędów, ja, moje dziecko, nawet mój pies. On też jest istotą żywą, to nie komputer (a ten też potrafi się zawiesić). Oczywiście warto jest pracować nad zachowaniem, swoim, dziecka, psa, warto czytać i uczyć się nowych technik, ale nie można dać się pochłonąć tym zapędom trenerskim, bo tylko część zachowań uda nam się zmienić, inne przejdą same, a do reszty będziemy musieli przywyknąć.

ZARAZ WYBUCHNĘ (czyli matka w kryzysie)

DSC_9476
Macierzyństwo zaczęło się dla mnie dosyć łaskawie, Jasio był taki wyrozumiały i tak dużo spał. Ja dumna z siebie, zakupy zrobione, obiad czeka na męża, pies wybiegany, dziecko śpi, w domu porządek, bawiłam się swoim nowym żelazkiem ze stacją parową. Dziś prasowanie jest dla mnie czymś nieosiągalnym, a ten stos ubrań najchętniej bym podpaliła.

Czuje że straciłam kontrolę nad tym całym bałaganem. Zaczęło się niewinnie od problemów z drzemkami, przez jego nadpobudliwość w ciągu dnia, a skończyło na nocnym koszmarze z górnymi zębami. Z każdym kolejnym dniem czułam się coraz bardziej zmęczona i rozdrażniona, niczym czajnik dochodzący do wrzenia. W takim stanie niewiele potrzeba żeby wpaść w szał. Wystarczy, że ktoś przeleje czarę goryczy: ujadanie psa, krzyk dziecka, czyjś głupi komentarz. Popłakać się czy zacząć wrzeszczeć? Oto jest pytanie! Próbuję się uspokoić, tłumaczyć sobie – to przecież dziecko, płacze bo czegoś potrzebuje, a pies jest tylko psem i ma swoje psie akcje. Zaciskam zęby, biorę 2 wdechy, ale nie no cholera jasna, ja też jestem tylko człowiekiem i do tego chudym jak kostucha. Mam prawo być zmęczona, mam prawo mieć dosyć, ale nie chce wybuchnąć. Wiem jakie to uczucie i nie przyniesie mi ulgi, wręcz przeciwnie – będzie gorzej.

Kiedy Fokus był młody, butny i rozszalały nie umiałam sobie poradzić z nim i ze swoimi emocjami. Szarpałam go, darłam się na niego, a po wszystkim było mi źle i obiecywałam sobie, że nigdy więcej nie puszczą mi nerwy.

Ciężko jest nad sobą zapanować, ale nie chcę być furiatką. Muszę odpuścić. Trudno, niech stos ubrań rośnie, a osad z mydła obrasta umywalkę. Chciałam w każdej roli dać z siebie 100%, ale matematyka jest nieubłagana. Nie mogę być na 100% mamą, perfekcyjną panią domu, master chef, dog whisperer, biznes woman i nie wiadomo co jeszcze bo na 500% się wykończę. Dlatego odpuszczam sobie, są rzeczy ważne-konieczne i ważne-niekonieczne. Czas skończyć też z pieprzoną Zosią Samosią, Piotrek czy moja mama tak samo dobrze poradzą sobie z Jaśkiem, obiadem, czy bałaganem. Czas nauczyć się przyjmować pomoc.

Do tego wszystkiego wracają jeszcze do mnie Redowe wspomnienia, które z jednej strony bolą, ale z drugiej w pewien sposób dają mi siłę w tym trudnym okresie. Pamiętam pierwsze dni bez niego, w których czułam że oddałabym wszystko żebyśmy mogli być razem. W obliczu jego problemu, to jak zachowuję się Fokus było i jest niczym, najważniejsze że jest moim psem, jest zdrowy i mogę się cieszyć jego obecnością, reszta nie powinna się liczyć. Red nauczył mnie doceniać to co ważne.

Wszystkie moje „psie doświadczenia” w pewien sposób łączą się z byciem mamą, a od kiedy nią jestem bardzo ruszają mnie historie ciężko chorych dzieci. Próbuję postawić się w sytuacji rodziców tych dzieci, ale nie jestem w stanie wyobrazić sobie przez co muszą przechodzić. W jakimś programie jedna mama opowiadała o tym jak marzy żeby jej synek zapłakał. Każda z takich mam oddała by wszystko żeby być na moim miejscu. Bez względu na to jak czasem jest mi ciężko. Dlatego podsumowując mój oczyszczający wpis, nie będę się mazać i robić z siebie ofiary. Biorę się w garść, Kurczaka w boba, Fokusa na flexi i ruszam nad Wisłę.

URLOP TO NIE ZAWSZE WYPOCZYNEK

WP_20140807_006

Od kiedy jest z nami Fokus wyjazdy zawsze stanowiły wyzwanie. To specyficzny pies, z jednej strony lękowy, z drugiej nadpobudliwy, dominujący i terytorialny. Zabierając go ze sobą trzeba mieć go cały czas pod kontrolą. Zawsze może wymyślić coś głupiego (pogryzie psa, albo nastraszy jakiegoś człowieka swoim ujadaniem). Nie mamy nikogo z kim mógłby zostać w domu (nikt z mojej rodziny nie umie go opanować). Raz jedyny zostawiliśmy go z moimi rodzicami jadąc na podróż poślubną do Turcji, skończyło się pogryzieniem psa sąsiadki….o oddaniu go do hotelu nawet nie marze, ten panikarz nie zostanie sam nawet ze znajomymi, a co dopiero u obcych. Dlatego zawsze planując jakiś wyjazd muszę brać pod uwagę to, że mam psa. Szczerze mówiąc to trudno z nim o wypoczynek, począwszy od znalezienia kwatery. Całe szczęście w tym roku nie musiałam się o nią martwić, bo pojechaliśmy do rodziny, naszej rodziny :) która przyjęła nas z naszym psem mordercą. Mały ośrodek (7 domków) położony w środku lasu, przy niewielkim jeziorku. W sam raz na wywczas z oszołomem. Problem kwatery załatwiony, ale zanim rozpalimy grilla na ganku przed domkiem trzeba się zapakować do auta….

Z trwogą patrzyłam na listę rzeczy niezbędnych do zabrania : klatka, posłanie psa, wózek, łóżeczko turystyczne, materacyk do łóżeczka, bagaż Jaśka, bagaż psa (który koniec końców przeoczyliśmy i musiał dojechać do nas kurierem), no i nasze łachy. Czułam, że może skończyć się to inwestycją w „trumnę” na dach, ale zdolności mojego męża sprawiły, że kombiak pomieścił wszystko. Drugim dylematem było to jak usadzić towarzystwo. Fokus z przodu – Ja z tyłu z Kurczakiem? Wszyscy troje z tyłu razem? W końcu stwierdziłam, że najbardziej komfortowym układem będzie posadzenie chłopaków z tyłu samych. Nie powiem miałam trochę obaw o to jak obaj sobie z tym poradzą, ale zaraz po starcie solidarnie poszli spać.

Na miejscu okazało się, że po za nami jest tylko jedna rodzina. Oczywiście z małym pudlem, który latał luzem, a nawet przynosił nam piłkę …. Fajnie jak ktoś ma psa, którego nie musi pilnować „bo nic nie zrobi”. Szkoda tylko, że w takich sytuacjach ja muszę mojego pilnować podwójnie. Zazwyczaj na wyjazdach po prostu cały czas trzymałam go na smyczy, ale tym razem nie mogłam mu już poświęcać tyle uwagi ile wymaga ustrzeżenie się przed jakimś wypadkiem, a moje ręce przez większość czasu okupował Jasiek. Dlatego postawiłam na kenel klatkę wyciągniętą na ganek, lub ustawioną w drzwiach. Ja się nie spinałam, pudel przeżył, a i Fokus specjalnie nie narzekał.

Obecność pudla nadrobił las. Piękny, duży i przede wszystkim mało uczęszczany. W ruch poszło nosidło i jest po prostu GENIALNE. Dla mnie na maksa wygodne. Jasiek nie narzekał, to dla niego chyba też. Miałam poczucie jakby był lżejszy niż w rzeczywistości, plecy nie bolą. Taki spacer godzinę – półtorej noszenia nie jest dużym wysiłkiem. Jednak na ekstremalnie długie wyprawy dobrze jest mieć jakiegoś „nosiciela”. Fajne jest to że dzięki regulacji nosidło jest dobre i na mnie chuderlaka i na mojego barczystego małżonka. Chociaż bardzo chwaliłam sobie chustę to nosidło wygrywa błyskawiczna aplikacją dziecka, nie trzeba wiązać, motać itd.

Niestety sam las nam nie wystarczył, zachciało się komery, poczucia wakacji i gofra, a że do morza było niecałe 50km to zrobiliśmy sobie kilka wycieczek fakultatywnych. Pierwsza była Stegna. Na plaży tłum, wózek grzęźnie w piachu, Fokus paranoja – nigdzie szedł nie będzie, tam są ludzie!! obcy!! dużo!!  Chyba jedyny Jasiek miał radochę z plażowania, oka nie zmrużył, piachu się najadł i ćwiczył stanie na czworaka. Fokusa uratował parawan, za którym go schowaliśmy, ale i tak co któraś osoba z dzieckiem do nas zaglądała z tekstem „zobacz piesek”. My sami też jakoś specjalnie nie umieliśmy się zrelaksować. Jeden i drugi wymagał niemalże 100% uwagi, trudno w takiej sytuacji o opalanie, kąpiele, czy rozwiązywanie krzyżówek. Może  łatwiej byłoby zostawić psa na kwaterze. Tylko że tutaj to ja mam problem, bo zostawiając go sama bym się zadręczyła bardziej niż on mnie. Mam jakieś takie głupie poczucie, że on przecież też jest na wakacjach dlatego jak razem to razem. Następne nad morskie wypady były do Jantaru i tu już super luz. Bardzo mało ludzi, plaża prawie pusta, można się rozłożyć pod samą wodą, wszyscy się kąpali i wypoczywali.

Na koniec wyjazdu przyjechali do nas Jasiowa ciocia z wujkiem. Plażingowaliśmy nad jeziorem w lesie. Kurczak aktywność 200%, a Fokus zamęczał wszystkich rzucaniem mu patyka do wody.

Urlop z malutkim dzieckiem, trochę zmienił moje spojrzenie na urlop z psem. Szczególnie z takim psem jak mój. Jest to na prawdę wyzwanie, musisz pilnować obu, a każdy potrzebuje pełnej uwagi. Niby było nas dwoje, po jednej osobie na gagatka, ale głupie pójście po gofra urastało do rangi zadań wysokiego ryzyka, bo przecież ktoś z nas musiał sam z nimi zostać. Mimo to mogę śmiało stwierdzić, że wypoczęłam, ale chylę czoła tym którzy mają więcej dzieci i psów :D

BHP (czyli Bezpieczeństwo i Higiena Psa)

DSC_7860
Od kiedy Jasiek nauczył się przekręcania na brzuch opracował również technikę przemieszczania się poprzez turlanie. Już nie starcza mu sama mata. W jednej chwili jest na jej środku, a w drugiej liże dywan…..no cóż, to chyba ten moment w którym czas bliżej przyjrzeć się porządkowi na mojej podłodze.

Nie oszukuje się, posiadanie psa nie będzie mi pomagało w utrzymaniu porządku. Błoto, piach, sierść, jakieś resztki jedzeniowe z gryzaków i konga, to wszystko znajduje się w całym domu. Dlatego postanowiłam zrobić sobie listę spraw godnych uwagi.

1) Powrót ze spaceru. Fokus ma w przedpokoju swoją szafkę, w której od razu lądują smycze, obroże, zabawki i inne gadżety. Trzymam w niej też awaryjny ręcznik do wycierania np. łap. W sytuacjach krytycznych, kiedy jest brudny jak knur (co zdarza się nierzadko), od razu pakuje go do wanny i płucze prysznicem (to samo robię z obrożą, kagańcem, aportem), szamponu używam dopiero gdy w grę wchodzi grubszy kaliber w postaci padliny i innych śmierdzących tematów. Dzięki tym zabiegom pies nie roznosi syfu po mieszkaniu, nie wciera go w posłanie i dywany, ale na taki luksus mogę sobie pozwolić tylko wtedy gdy Jasiek przyśnie na spacerze i nie obudzi się do czasu powrotu do domu.

2) Drugim punktem zapobiegania syfu jest systematyczne wyczesywanie psa. Na szczęście Fokus nie należy do sierściuchów i nie muszę się zbytnio wysilać, gumowa szczota + zgrzebło + 15minut + wilgotny ręcznik i pies jak nowy. Tutaj muszę się przyznać, że obecnie najbardziej liniejącą istotą w naszym domu jestem ja……chyba totalnie wyłysieje po tej ciąży, moje kudły są dosłownie wszędzie.

3) Kolejna sprawa to żarcie. Miski ma zawieszone w klatce dzięki czemu łatwiej będzie mi upilnować Jaśka żeby mu do nich nie zaglądał kiedy zacznie już raczkować. Wręczając psu gryzak, czy konga też wysyłam go do klatki, żeby nie syfił na dywanie. Oczywiście miski i zabawki zaliczają mycie w ciepłej wodzie z „ludwikiem”. Szczególnie ważne jest sprawdzenie stanu opróżnienia konga (Fokus czasem potrafi sobie zostawić coś na później, a to później może nastąpić za kilka dni….).

4) Rutynowe porządki. Kiedyś miałam taką fajna końcówkę do odkurzacza zwaną „turbo szczotką”. Super gadżet dla właścicieli zwierzaków, na prawdę dobrze zbierała sierść z dywanu, ale niestety gdzieś zaginęła. Dlatego muszę zadowolić się zwykłym odkurzaczem (nowy wpiszę na listę życzeń do Mikołaja). Po za częstszym odkurzaniem, funduje dywanom dodatkowe trzepanie (to akurat zadanie dla Piotrka). Częściej trzepie i odkurzam Fokusowe posłanie + pranie (nie żebym wcześniej tego nie robiła, ale przeważnie motywował mnie dopiero zaczynający się smród). Odkurzam też meble na których pies urzęduje, szczególnie swój materac (chyba już nigdy nie oduczę SIEBIE spania z psem, bo Fokusa nie trudno przestawić na nocne spanie w klatce).

Niby oczywiste sprawy, niby nic takiego, ale na prawdę warte uwagi, bo po za zwykłą higieną i porządkiem ograniczamy ilość odpsich alergenów co jest niezwykle istotne w temacie alergii,  który chciałabym głębiej poruszyć w kolejnych wpisach.